2009
109 min.
reż. Mamoru Hosoda
Kiedy najładniejsza dziewczyna w szkole proponuje Kenjiemu wakacyjną pracę, chłopiec bez wahania porzuca swoje ukochane zajęcie (czyli ślęczenie przed komputerem i współtworzenie wirtualnej społeczności OZ) i wyjeżdża z nią do jej rodzinnej posiadłości w okolicach Uedy. Bardzo jestem ciekawa, czy Kenji zgodziłby się równie chętnie, gdyby od początku wiedział, na czym ma polegać jego zadanie. Otóż beztroska Natsuki wynajęła go, aby udawał jej narzeczonego na rodzinnym spotkaniu z okazji urodzin babci. Kiedy Kenji zostaje zaakceptowany przez seniorkę rodu (a ród to naprawdę imponujący, czcigodny, wielce zasłużony dla kraju – współcześnie zaś hałaśliwy, roześmiany, nieopanowany, a przede wszystkim WIELKI), nie może się już wycofać, chociaż bardzo by chciał. Nie chodzi o to, że Natsuki mu się nie podoba (wręcz przeciwnie!) albo że nie polubił jej rodziny – po prostu Kenji dużo lepiej radzi sobie z liczbami niż z ludźmi, a zwłaszcza ślicznymi dziewczynami, które składają mu niecodzienne propozycje.
Moglibyśmy się tu spodziewać romantycznej komedii pomyłek, tymczasem to nie nieśmiałość i niezgrabność Kenjiego wpakują go w prawdziwe kłopoty, lecz – paradoksalnie – właśnie jego wybitny talent matematyczny. W nocy chłopiec dostaje tajemniczego maila zawierającego skomplikowaną zagadkę liczbową, którą z trudem udaje mu się rozwiązać. Wysyłając odpowiedź z rozwiązaniem, nawet nie wie, że oto zaczęły się… summer wars!
Film Mamoru Hosody, reżysera anime O dziewczynie skaczącej przez czas (recenzja), zrobił na mnie
ogromne wrażenie – wszystkie przyznane mu nagrody są całkowicie zasłużone, ba! powinien
dostać drugie tyle! Szczególnie imponująca jest jego kompozycja: bardzo bogata,
wielowarstwowa, a przy tym czytelna i zwarta. Nie ma w tym filmie ani jednej
zbędnej minuty, ale znalazło się miejsce na momenty wyciszenia i zwolnienia
tempa akcji, piękne ujęcia detali, małe rodzinne scenki rodzajowe oraz wiele
wątków, o których się tylko napomyka (szczenięce zauroczenie Natsuki czarną
owcą rodu – ironicznym wujem Wabisuke, przeszłość małego wojownika Kazumy), a
które mogłyby rozwinąć Summer wars w
całą serię anime. To narracyjne zdyscyplinowanie sprawia, że przez prawie dwie godziny
nie sposób oderwać się od tej historii.
Jeśli chodzi o bohaterów… cóż, należy cos tu
wyjaśnić. Głównym bohaterem nie jest Kenji. Ani Natsuki. Ani Wabisuke. Najważniejsza
w Summer wars jest rodzina i to ona
jest główną bohaterką filmu. Nie szkodzi, jeśli nie uda się wam zapamiętać
imion wszystkich rubasznych wujków, despotycznych ciotek, frywolnych kuzynek i
niezliczonej dziatwy – tu chodzi o więź, a nie o poszczególne osoby, chociaż
każda z nich ma do odegrania swoją rolę. Nie chciałabym sprowadzać Summer wars do „bajki z morałem”, bo
byłoby to paskudne uproszczenie, ale film ten mówi – między innymi – o dwóch
rzeczach: o rodzinie i o wojnie. O tym, na czym polega siła rodziny (niezależnie,
czy mówimy o epoce samurajów, czy współczesności) i o tym, jak się wygrywa
wojny.
W tej pięknej, spójnej całości zachwycają również
detale i różne fabularne drobiazgi: to, z jaką delikatnością zostały
przedstawione uczucia Kenjiego, kilka scen prezentujących niezwykłą osobowość
seniorki rodu, zderzenie męskiej i żeńskiej części rodziny czy wreszcie sama
postać Natsuki. Jedyne, co mi się w Summer
wars nie podobało, to grafika świata OZ – o ile śliczna kreska rzeczywistego
świata może moim zdaniem konkurować z perełkami ze Studia Ghibli, o tyle OZ
jest tak cukierkowe i infantylne, że gdybym sama była destrukcyjnym programem
AI, też bym sobie nie żałowała i wysadziłabym w powietrze te wszystkie delfiny
i króliczki. Może to również część przesłania tego filmu, całkiem serio…