niedziela, 3 marca 2013

Elfen Lied - Elfia pieśń


Elfen Lied
13 odcinków po 23 min. + odcinek specjalny
reż. Mamoru Kanbe 
Studio ARMS
nad podst. mangi Lynn Okamoto



Usta sprawiedliwego dokładnie rozważą mądrość
A język jego wypowie osąd
Błogosławiony człowiek, który oparł się pokusie
Ponieważ gdy przejdzie próbę, otrzyma koronę żywota
O Panie, Odwieczny Ogniu, miej miłosierdzie
O jak święty, jak jasny
Jak dobrotliwy, jak miły
O lilio czystości


Fontanny krwi
Na Elfen Lied trafiłam, gdy szukałam anime, w którym dużo się dzieje – i rzeczywiście, nie zawiodłam się, dzieje się tam sporo. Głównie złe rzeczy. Osoby wrażliwe, mało odporne na widok fontann krwi, urywanych głów i kończyn, a także przeklęte zbyt bogatą wyobraźnią i podatne na koszmary nocne, nie powinny raczej oglądać tego anime. Ja też nie powinnam… ale obejrzałam do końca ;-)



Dicloniusy, wektory i eksperymenty naukowe
Z tajnego ośrodka badawczego na wyspie w okolicach Kamakury ucieka przetrzymywana tam dziewczyna, Lucy – chociaż być może „ucieka” to niewłaściwe słowo: ona po prostu wychodzi, a każdy, kto stanął na jej drodze, umiera w dość przykry sposób. [Ogółem w pierwszym odcinku pada chyba około dwudziestu trupów. Myślę, że to dobrze, że twórcy Elfen Lied od samego początku pokazują, z jakim typem anime mamy do czynienia – a zatem, drogi otaku, jeśli dasz radę obejrzeć pierwszy odcinek i pogodzić się z tym, że potem będzie mniej więcej w tym guście, tylko gorzej, śmiało! Czeka cię mroczna i wciągająca historia]. Zabijając kolejnych uzbrojonych strażników, tudzież pechową sekretarkę (której się akurat moim zdaniem należało za idiotyczną służalczość), Lucy używa paranormalnych mocy, właściwych Dicloniusom. Dicloniusy to zmutowany gatunek, który ma zastąpić rasę ludzką; posługują się telekinezą, dzięki obecności wektorów, czyli niewidzialnych rąk. Na pierwszy rzut oka nie różnią się od zwykłych ludzi niczym poza małymi kościanymi rogami. Wszystkie Dicloniusy są śmiertelnie niebezpieczne dla ludzi i dla siebie nawzajem, a ich morderczych instynktów nie da się opanować. Chyba, że…



Lucy i Nyu
Lucy udaje się opuścić wyspę, ale zostaje ranna i gdy widzimy ją na brzegu, jej zachowanie całkowicie się zmienia. Dziewczynę znajdują przypadkiem Kouta i Yuka, para kuzynów, którzy nie widzieli się od dzieciństwa, a teraz mają razem studiować. Są dość bezradni wobec słodkiej istotki, która całkiem naga wyłoniła się z morskich fal i potrafi powiedzieć tylko: „Nyuu”. Decydują się zabrać ją do domu…



Lucy alias Nyu-chan jest bezsprzecznie „najgłówniejszą” bohaterką, dla której wszyscy inni: Kouta, Yuka, Nana, Mayu, dr Kurama, stają się w pewnym sensie tłem. To Lucy jest kluczem do zagadki Dicloniusów, do przeszłości innych bohaterów, tą, od której wszystko się zaczęło… Tymczasem prawie do samego końca pozostaje dla widza emocjonalnie nieuchwytna i niedostępna – zarówno w postaci okrutnej Lucy, jak i dziecinnej, bardzo moe Nyu. Zmienia się to dopiero w ostatnich dwóch odcinkach, w których wiele się wyjaśnia – ale nie wszystko.



Odpowiednie zakończenie
Twórcy zdecydowali się na otwarte, niejednoznaczne zakończenie, ale na pewno nie wynikało to z „pójścia na łatwiznę” – poszczególne wątki fabuły są ze sobą tak precyzyjnie połączone, że pozostawienie tego marginesu niepewności nie można nazwać niedopatrzeniem. Kilka dodatkowych wskazówek daje odcinek 14 (OVA), który warto obejrzeć, bo nie jest tak mroczny jak cała seria i pojawiają się w nim tak  cenne dla „obolałego” widza elementy czarnego humoru. Tak czy inaczej Elfen Lied po prostu nie mogłoby mieć happy endu, bo takie zakończenie trąciłoby fałszem. Myślę, że najlepiej widać to na przykładzie Kuramy, który stanął (czy raczej bez przerwy stawał) przed nierozwiązywalnym etycznym dylematem – przedłożenie racji miłosierdzia nad sprawiedliwością oznacza zagładę. Elfen Lied – pomimo że bijące po oczach fanserwisem, a miejscami tak makabryczne, że aż absurdalne – jest naprawdę moralnie niepokojące, bo winni są prawie wszyscy…      



Złote Lilium
Wrażenie mroczności potęguje opening, który jest tyle kiczowaty, co przejmujący. Mamy tu greoriański chorał w wykonaniu Kumiko Nomy, Lilium, i wyraźnie zapożyczenia ze znanych obrazów Klimta. Na początku ten obrazoburczy kolaż bardzo mnie raził (tak jak rażą mnie kubki czy serwetki z Pocałunkiem Klimta – może kiedyś zrobią jeszcze papier toaletowy do kolekcji?;-)) ale potem jakoś to już przebolałam i mogłam się skupić na wyłapywaniu aluzji do fabuły. W pewnym sensie nawet symbolika płodności i czystości może jakoś usprawiedliwiać szafowanie nagością w przypadku Lucy-Nyu. A melodia Lilium dalej za mną chodzi. O quam sancta, quam serena, quam benigna, quam amoena, o castitatis lilium…



Nana
Mimo że Lucy jest postacią centralną i najbardziej tajemniczą, nie polubiłam jej – i nie wiem, czy w ogóle da się ją lubić. Przekonałam się za to do Nany, innego Dicloniusa, która jest trochę irytująco dziecinna, ale jednak na dłuższą metę całkowicie rozbrajająca w swojej lojalności i miłości do przybranego ojca. Jest też bohaterką, która najbardziej dostaje w kość, i dlatego miałam nadzieję, że ocaleje z całej tej rzezi – przez to tak ciężko było mi zabrać się do oglądania ostatnich dwóch odcinków. Bo wiadomo było, że będzie krwawo i „nyukanie” się skończyło…   
Duży sentyment mam też do Kuramy, który w toku akcji nie okazuje się takim nieczułym potworem, jak na początku może się wydawać.



Elfen Lied można polecić osobom o silnych nerwach, lubiącym mroczne tajemnice, które cenią sobie skomplikowane, ale nieprzegadane fabuły i frapujące niedopowiedzenia. Inni niech się lepiej dwa razy zastanowią. (Uh, no – ja nie żałuję;-))     






Os iusti meditabitur sapientiam
Et lingua eius loquetur iudicium

Beatus vir qui suffert tentationem
Quoniam cum probatus fuerit accipiet coronam vitae

Kyrie, Ignis Divine, Eleison

O quam sancta, quam serena, quam benigna
Quam amoena O castitatis lilium



sobota, 16 lutego 2013

Last Exile


Last exile
26 odc. po 25 min.
2003
reż. Kouichi Chigira
Studio Gonzo
recenzja na Tanuki



Wielka konfuzja

Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała obejrzeć serię Last Exile – między innymi dlatego, że kupiłam od razu cztery płyty. Uznałam, że jest to nieodzowne dla mojego rozwoju, skoro to taka klasyka anime (zawsze trzeba sobie jakoś wytłumaczyć spontaniczne zakupy, prawda?). A kiedy wreszcie zaczęłam oglądać… byłam bardzo zaskoczona.

Przez pierwsze dwa odcinki nie rozumiałam prawie nic, z tego, co się działo. To znaczy byłam w stanie nadążyć za posunięciami bohaterów, ale nie miałam pojęcia, co to wszystko ma znaczyć, nie wyłaniała się z tego żadna spójna całość. Jeśli jakaś wojna, prawda, ale kto, z kim, dlaczego, od kiedy? Są jakieś misje dla kurierów, ktoś kogoś szuka, organizowane są zawody przypominające trochę te z Mrocznego widma… Ale… Zaczęłam wątpić w moje władze umysłowe – i zwątpiłabym całkiem, gdyby nie to, że przyjaciółka, która oglądała to ze mną, patrzyła na mnie podobnie zbaraniałym wzrokiem. „Ale o co chodzi?”  



Po obejrzeniu całości już wiem, ale wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli tego klasycznego anime o nieklasycznej kompozycji, polecam przeczytanie kilku recenzji albo chociaż opisów na opakowaniach płyt – chyba, że ktoś chce błądzić w ciemnościach i aż do końca zastanawiać się, co to jest Deusis, a co Guildia. Prawdę mówiąc, to błądzenie nie jest aż tak nieprzyjemne. Last Exile to bardzo skomplikowana układanka – kiedy już coś staje się jasne, pojawiają się nowe elementy i znów trzeba uruchomić mózgownicę (ach, jaka byłam z siebie dumna, kiedy wydedukowałam – całkiem wcześnie – że Silvana to okręt, a nie osoba!).



Claus, Lavie i Silvana

Przyznaję, że warstwa związana z wojną i te wszystkie tajemnicze komendy, zaciekawiły mnie najmniej, może nie jestem aż taką wielką zwolenniczką steampunku, jak mi się wydawało. Nad wyraz atrakcyjnie za to przedstawiał się dla mnie wątek dotyczący zawikłanych losów głównych bohaterów – Clausa (młodego pilota vanshipa) i Lavie (jego przyjaciółki i nawigatorki), którzy starając się ochronić tajemniczą dziewczynkę o imieniu Alvis, trafiają na Silvanę. Tam poznają dowódcę „najbezpieczniejszego okrętu”, Alexa Rowa, który należy do fascynującego gatunku ponurych mężczyzn obarczonych mroczną przeszłością i ekspresją ograniczoną do jednej miny (coś tak grumpy cat). Ale jeśli już zrobi inną minę albo okaże zainteresowanie czymś – co za emocje! Innymi ciekawymi członkami załogi Silvany są pierwszy oficer, Sophia (która ma dla widzów pewną niespodziankę w zanadrzu i zdecydowanie powinna chodzić tylko i wyłącznie w mundurze), szaleńczo ambitna Tatiana Wisla (czyżby…?), spokojna Alister, obdarzona świetnym słuchem Wina i – dla równowagi – grupa sympatycznych i zadziornych mechaników. Każda z postaci jest ciekawie przedstawiona i da się lubić; mnie szczególnie podobał się kontrast między Tatianą a Alister.



Cykado, kill’em all

Bohaterami z nieco innej półki są otoczona nimbem tajemniczości Alvis (na szczęście twórcom udało się nie przesłodzić tej postaci), szalona i złaaaa Delphine oraz Dio i Lucciola. Jako czarnemu charakterowi Delphine nie da się nic zarzucić: okropnie się ubiera, co chwila wybucha nieznośnym obłąkańczym śmiechem, jest rozrzutna (w świecie Prestaire to najgorsza wada, wręcz zbrodnia) i ma wyraźne skłonności sadystyczne. Brawo. Oczywiście tak przerysowana postać musi momentami stawać się komiczna i mam wrażenie, że ten efekt wzmagało zawsze pojawianie się jej wiernego sługi, Cicady, nikczemnej odmiany angielskiego Jeevesa. Beztrosko wydawane mu przez Delphine rozkazy sprawiły, że „Cykada” wszedł już do mojego domowego slangu i teraz przywołujemy go do niewykonalnych zadań (kiedy zobaczyłam, że mój samochód znów pokryła centymetrowa warstwa lodu i trzy razy grubsza pokrywa śnieżna, wiedziałam, co robić. „Cykado, zabij ten śnieg”).



Dio, brat Delphine, jest postacią zupełnie odmienną – przede wszystkim niejednoznaczną. Na początku zupełnie mi się nie spodobał (tak zresztą miało być), ale później, kiedy zaczął się rozwijać, zdecydowanie wzbudził moje zainteresowanie i na koniec byłam bardzo rozczarowana, że właściwie nikogo nie obchodziło, co się z nim stało. Z Delphine można się śmiać, ale los Dio jest naprawdę poruszający i ta postać zapada w pamięć.



Kusząca niedoskonałość

Last Exile nazwałabym serią fascynująco niedoskonałą – jest w niej sporo niedociągnięć, niekonsekwencji, urwanych wątków, uproszczeń, ale jej rozmach zachwyca i każe zapomnieć o wszystkich usterkach. Z sympatycznymi bohaterami trudno się pożegnać, a tajemnicza poetyckość mysterionów będących kluczem do tytułowego last exile naprawdę działa na wyobraźnię. Myślę, że chętnie kiedyś wrócę do tej serii – z ogromną satysfakcją, że wiem, o co chodzi. 


sobota, 15 grudnia 2012

Summer wars

Summer wars
2009
109 min.
reż. Mamoru Hosoda

Kiedy najładniejsza dziewczyna w szkole proponuje Kenjiemu wakacyjną pracę, chłopiec bez wahania porzuca swoje ukochane zajęcie (czyli ślęczenie przed komputerem i współtworzenie wirtualnej społeczności OZ) i wyjeżdża z nią do jej rodzinnej posiadłości w okolicach Uedy. Bardzo jestem ciekawa, czy Kenji zgodziłby się równie chętnie, gdyby od początku wiedział, na czym ma polegać jego zadanie. Otóż beztroska Natsuki wynajęła go, aby udawał jej narzeczonego na rodzinnym spotkaniu z okazji urodzin babci. Kiedy Kenji zostaje zaakceptowany przez seniorkę rodu (a ród to naprawdę imponujący, czcigodny, wielce zasłużony dla kraju – współcześnie zaś hałaśliwy, roześmiany, nieopanowany, a przede wszystkim WIELKI), nie może się już wycofać, chociaż bardzo by chciał. Nie chodzi o to, że Natsuki mu się nie podoba (wręcz przeciwnie!) albo że nie polubił jej rodziny – po prostu Kenji dużo lepiej radzi sobie z liczbami niż z ludźmi, a zwłaszcza ślicznymi dziewczynami, które składają mu niecodzienne propozycje.



Moglibyśmy się tu spodziewać romantycznej komedii pomyłek, tymczasem to nie nieśmiałość i niezgrabność Kenjiego wpakują go w prawdziwe kłopoty, lecz – paradoksalnie – właśnie jego wybitny talent matematyczny. W nocy chłopiec dostaje tajemniczego maila zawierającego skomplikowaną zagadkę liczbową, którą z trudem udaje mu się rozwiązać. Wysyłając odpowiedź z rozwiązaniem, nawet nie wie, że oto zaczęły się… summer wars!



Film Mamoru Hosody, reżysera anime O dziewczynie skaczącej przez czas (recenzja), zrobił na mnie ogromne wrażenie – wszystkie przyznane mu nagrody są całkowicie zasłużone, ba! powinien dostać drugie tyle! Szczególnie imponująca jest jego kompozycja: bardzo bogata, wielowarstwowa, a przy tym czytelna i zwarta. Nie ma w tym filmie ani jednej zbędnej minuty, ale znalazło się miejsce na momenty wyciszenia i zwolnienia tempa akcji, piękne ujęcia detali, małe rodzinne scenki rodzajowe oraz wiele wątków, o których się tylko napomyka (szczenięce zauroczenie Natsuki czarną owcą rodu – ironicznym wujem Wabisuke, przeszłość małego wojownika Kazumy), a które mogłyby rozwinąć Summer wars w całą serię anime. To narracyjne zdyscyplinowanie sprawia, że przez prawie dwie godziny nie sposób oderwać się od tej historii.



Jeśli chodzi o bohaterów… cóż, należy cos tu wyjaśnić. Głównym bohaterem nie jest Kenji. Ani Natsuki. Ani Wabisuke. Najważniejsza w Summer wars jest rodzina i to ona jest główną bohaterką filmu. Nie szkodzi, jeśli nie uda się wam zapamiętać imion wszystkich rubasznych wujków, despotycznych ciotek, frywolnych kuzynek i niezliczonej dziatwy – tu chodzi o więź, a nie o poszczególne osoby, chociaż każda z nich ma do odegrania swoją rolę. Nie chciałabym sprowadzać Summer wars do „bajki z morałem”, bo byłoby to paskudne uproszczenie, ale film ten mówi – między innymi – o dwóch rzeczach: o rodzinie i o wojnie. O tym, na czym polega siła rodziny (niezależnie, czy mówimy o epoce samurajów, czy współczesności) i o tym, jak się wygrywa wojny.



W tej pięknej, spójnej całości zachwycają również detale i różne fabularne drobiazgi: to, z jaką delikatnością zostały przedstawione uczucia Kenjiego, kilka scen prezentujących niezwykłą osobowość seniorki rodu, zderzenie męskiej i żeńskiej części rodziny czy wreszcie sama postać Natsuki. Jedyne, co mi się w Summer wars nie podobało, to grafika świata OZ – o ile śliczna kreska rzeczywistego świata może moim zdaniem konkurować z perełkami ze Studia Ghibli, o tyle OZ jest tak cukierkowe i infantylne, że gdybym sama była destrukcyjnym programem AI, też bym sobie nie żałowała i wysadziłabym w powietrze te wszystkie delfiny i króliczki. Może to również część przesłania tego filmu, całkiem serio…      


niedziela, 9 grudnia 2012

Spice & Wolf - sezon 1


Spice & Wolf
13 odc. po 24 min.
Studio Imagin, 2008
reż.Takeo Takahashi
na podstawie powieści Isuny Hasekury



Spice & Wolf to jedno z tych anime, które na początku skusiły mnie ładną kreską. Z recenzji na Tanuki Anime wywnioskowałam, że nie ma co zbyt dużo oczekiwać po tej serii, ale co tam – przynajmniej sobie popatrzę na ładne obrazy, pomyślałam. Pierwszy odcinek wydawał mi się dosyć dziwny: wędrowny kupiec spotyka tajemniczą wilczą boginię urodzaju, która przybrała postać kobiety z ogonem i uszami lisa. Hm, nie za dużo tego: wilk, lis i plony? Dotąd nie wiem, dlaczego Holo ma lisie, a nie wilcze uszy, ale szybko przestało mi to przeszkadzać, a historia naprawdę mnie wciągnęła, dużo bardziej, niż się spodziewałam.



To anime, zbudowane na sprawdzonym motywie filmu drogi, łączy ze sobą dynamiczną intrygę z ciekawie zarysowanym wątkiem romansowym. Z tym, że intrygi dotyczą… kupiectwa, a romans rozwija się dosyć nietypowo. Główni bohaterowie, Holo i Lawrence, zawierają pakt: on w zamian za pomoc przy transakcjach pomoże jej dotrzeć na Północ, gdzie Holo spodziewa się spotkać swoich nieśmiertelnych pobratymców. W układ nie jest wliczone długofalowe, uroczo podstępne uwodzenie, więc Lawrence mógłby potraktować to jako dodatkową korzyść. Wydaje mi się, że już to wyraźne iskrzenie między nimi wystarczyłoby, żeby nakręcić fabułę, ale poza tym mamy wątek biznesowy.

Na początku niewiele z tych wszystkich finansowych operacji rozumiałam i właściwie planowałam słuchać tego jednym uchem, ale potem zorientowałam się, że te wszystkie informacje o walutach, przelicznikach i „psuciu pieniądza” są ważne i – co mnie bardzo zdziwiło – całkiem interesujące. Okazuje się, że skomplikowana, wręcz szpiegowska intryga nie musi koniecznie dotyczyć zamachu na porządek świata czy sukcesji tronu, ale może z równym powodzeniem rozgrywać się w świecie finansów – nawet i na drobną skalę. Lawrence nie jest jakimś ważnym graczem, tylko zwykłym kupcem, który usiłuje zarobić na własny sklep – i prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałby się wplątać w walutowo-polityczne machinacje, gdyby nie elektryzująca obecność Holo.



Holo, mądry wilk, wręcz uwielbia takie przygody, prawdopodobnie też nowe wyzwania pomagają jej zapomnieć o odrzuceniu, jakiego zaznała jako bogini urodzaju. Można by pomyśleć, że samolubie bawi się tą sytuacją, ponieważ – w odróżnieniu od Lawrence’a – nie ma nic do stracenia. Ale to nie do końca prawda… Holo stara się ukrywać swoje motywacje i prawdziwe uczucia, ale sporo można się jednak domyślić, obserwując jej zachowanie. Na przykład tego, że jest o wiele bardziej wrażliwa i przywiązana do Lawrence’a, niż mogłoby się wydawać.



Dodatkowym smaczkiem tej historii jest kontekst religijny – mamy czasy średniowiecza i Kościół przedstawiany jest jako potężna i wpływowa polityczna organizacja. Co ciekawe, pokazywany jest głównie z zewnątrz i bliżej poznajemy tylko Chloe, będącą w pewnym sensie jego rzeczniczką. Jest to obraz dość naiwny, ale nie sądzę, aby rozbudowanie go było potrzebne (zwłaszcza jeśli twórcy anime nie mieli na to konkretnego pomysłu). Ważne, że Kościół bardzo niechętnie patrzy na przestarzałe relikty dawnych wierzeń (Czy mowa o mnie? – mogłaby teraz zaczepnie zapytać Holo). Gdyby jego przedstawicielom udało się schwytać kobietę-lisa, pobożni ojcowie od razu pobiegliby rozpalać stos. No i cóż – Holo rzeczywiście wpada w ich ręce. Okazuje się, że nieśmiertelna (choć nie do końca) boginka ma swoje słabości, które można wykorzystać, by ją rozbroić. I tym razem nie chodzi o Lawrence’a.



Jest przygodowo, momentami krwawo (prawie wampirycznie), urokliwie, czarująco, magicznie, niebezpiecznie… Spice & Wolf naprawdę przypadło mi do gustu (swoją drogą bardzo ciekawe jest wyjaśnienie tytułu: Wolf – wiadomo, ale Spice?), a zarówno początkowa, jak i końcowa piosenka przyplątały się do mnie na dłuższy czas. Teraz z zadowoleniem zabiorę się do drugiego sezonu. Tylko znajdę kilka smakowitych jabłek…   


wtorek, 9 października 2012

Melancholia i Zniknięcie Haruhi Suzumiyi (2)


cd



Aspekt moe vs powaby książkowego mola nie z tej ziemi
Można uznać, że to nie Kyon jest idealnym przeciwieństwem Haruhi, lecz Yuki Nagato. Ostatecznie Kyon zawsze jakoś reaguje na wybryki swojej bogini (choćby tylko rytmicznym uderzaniem czołem w ścianę), zaś nieziemskiego spokoju Yuki nic nie może zachwiać. Hm, prawie nic, jak się przekonamy w Zniknięciu Haruhi Suzumyi.
Tajemniczość Nagato i jej wieloznaczne milczenie na długo zamydliło mi oczy i dopiero po obejrzeniu obu serii i filmu zorientowałam się, że właściwie Kyon jest zaangażowany emocjonalnie (a może uczuciowo?)  w relację ze wszystkimi trzema pannami: Haruhi, Mikuru i – tak, tak – Yuki. Żadna z tych relacji nie polega na zwykłym zauroczeniu i wymyka się jednoznacznym określeniom, w żadnej też nie dochodzi do jakichś definitywnych rozstrzygnięć, dzięki czemu na wszystkich frontach utrzymane zostaje napięcie.
Najprościej jest z Mikuru – Kyon, jak wszyscy, uważa, że jest słodka, i wydaje się bardzo podatny na jej wdzięki. Haruhi miała rację z tym aspektem moe. Kyon bardzo lubi spędzać czas sam na sam z Mikuru i szuka jej towarzystwa, co bywa niebezpieczne, gdyż Haruhi jest bogiem zazdrosnym. Przeraża go sposób, w jaki Suzumiya bezwzględnie wykorzystuje swoją „zabawkę”, ale nie jest w stanie obronić Mikuru przed atakami Haruhi. A może tak naprawdę wcale nie chce jej bronić? Może Haruhi w stosunku do Mikuru staje się mrocznym alter ego Kyona i robi to, na co on nigdy by się nie odważył?  A może Kyon tak demonstracyjnie interesuje się Mikuru, żeby przekonać samego siebie, że wcale nie szaleje za Haruhi? Hm hm ^^ Dodatkowe zapętlenie na linii Kyon – Mikuru wprowadza starsza wersja Mikuru, która przybyła z przyszłości i najwyraźniej wie więcej o słabości Kyona do młodszej wersji, niż by sobie tego życzył.
Cóż, przyznaję, że ta relacja wydaje mi się najmniej ciekawa. Być może dlatego, że sama Mikuru – słodka, gapowata, uroczo sepleniąca lolitka z ogromnym biustem i małym rozumkiem – budzi we mnie raczej irytację niż sympatię. (Hm, ktoś tu coś mówił o niskich pobudkach w kwestii awersji do danej postaci? Świat bez takich Mikuru, och, kuszące!).       



O ile na widok Mikuru wszystkie serca męskiej populacji North High zaczynają bić szybciej, o tyle Nagato została sklasyfikowana w osobistej skali Taniguchiego jako A minus, czyli krańcowo nieatrakcyjna. Dla mnie Taniguchi nie jest żadnym autorytetem, a typ eterycznego mola książkowego o chłopięcej figurze i wielkich, czystych oczach wydaje mi się całkiem interesujący, ale muszę przyznać, że na tle Haruhi i Mikuru Yuki wygląda bardzo niepozornie. Być może tak właśnie miało być – ostatecznie misja Nagato, która jest rodzajem projekcji pozaziemskiej Jednostki Integracji Danych,  polega na obserwacji tego fascynującego bytu, jakim jest Suzumiya. Obserwator ma być bierny, czujny i niewidoczny. Paradoksalnie, im bardziej Nagato się wycofuje i im więcej milczy, tym bardziej intryguje. Całe napięcie, jakie skumulowało się wokół jej osoby, zostaje w pewnym sensie rozładowane w Zniknięciu Haruhi Suzumiyi. Można powiedzieć, że obie serie należą do Haruhi, ale film to świat Yuki.
A jak to jest z relacją Kyon – Yuki? Trudna sprawa. Czy Yuki można uznać za rywalkę Haruhi? Raczej nie. Kyon należy do Haruhi i kropka. Wyrok boski. A jednak jest taka przestrzeń, w której do głosu dochodzi dziwna tęsknota za niemożliwym, niespodziewana tkliwość, ktoś kogoś ciągnie za rękaw, a jakby chwycił za samo serce. Mimo wszystko jedyną odpowiedzią Yuki – tej prawdziwej Yuki – jest milczenie, a Kyon wybiera świat z Haruhi. Tylko że to ostatnie znaczy też, że wybiera świat, w którym Yuki jest prawdziwie sobą.  



Zupełnie normalny chłopak     
To, dlaczego Haruhi wybrała Kyona, pozostaje tajemnicą, tak samo jak to, dlaczego Haruhi trzy lata wcześniej stała się kimś szczególnym i skąd wzięła się jej moc. Wyjaśnienia tej drugiej kontrowersji raczej się nie podejmę, natomiast jeśli chodzi o Kyona, to wybór Haruhi wydaje mi się zupełnie zrozumiały. Kyon jest po prostu świetny i jego cięte, ironiczne (i autoironiczne) komentarze to jedna z większych zalet obu serii i filmu. Ci, którzy są zagorzałymi fanami Kyona, z największą przyjemnością będą oglądać Zniknięcie Haruhi Suzumiyi, gdyż tam jest go najwięcej, a Haruhi staje się wielką nieobecną i występuje jako swój własny, melancholijny cień.



Tak, zdecydowanie trzeba obejrzeć obie serie, żeby zrozumieć, o co chodzi w filmie. Tak, warto. Tak, film jest najlepszy ze wszystkiego.

Niech będzie cudownie
Życzenie Haruhi, nie, nie życzenie – żądanie – żeby świat był bardziej interesujący i pełen nadzwyczajnych, cudownych wydarzeń może się wydawać dowodem na jej rozwydrzenie i dziecinność. Tymczasem Kyon już na początku przyznaje się, że też chciałby, żeby podróże w czasie były możliwe, a Ziemię odwiedzali przybysze z innych planet, jednocześnie od razu porzucając te marzenia – on wie, że nie ma sensu życzyć sobie takich rzeczy. Liczy się to, co jest realne, czyli na przykład egzaminy szkolne. Haruhi widzi to zupełnie inaczej (co nie przeszkadza jej prześcignąć Kyona w nauce i na każdym innym polu).
Szczerze mówiąc, to pragnienie cudowności na początku nie wydawało mi się obiecującym tropem. Ot, element zawiązania intrygi, punkt wyjścia do zrealizowania fajnego pomysłu na anime. Dopiero przy ostatnim odcinku pierwszej serii złapałam się na tym, że… No właśnie. Przyjrzyjmy się temu odcinkowi – cóż się dzieje? Przez dłuższy czas Kyon i Nagato siedzą w sali Brygady SOS. Nagato czyta, Kyon nudzi się i przysypia. Nagato przewraca kartkę. Wyraz jej twarzy się nie zmienia. Panuje cisza. Kyon przysypia. Natago czyta. Ranyyy, niechże się coś stanie wreszcie! Nudnooo! Niech przybędą kosmici z trąbami zamiast kończyn i zaatakują wszystkich wiązką śmiercionośnych promieni laserów! Niech Mikuru porwą tajni agenci z przyszłości! Niech Koizumi przestanie się uśmiechać! Niech się coś stanie, cokolwiek! Hm, czyli Haruhi czuje się tak przez cały czas?
Takie metafabularne sztuczki skłaniają do zastanowienia się nad głębią tego anime, a konkretnie nad tym, czy ta głębia istnieje, czy jest tam coś jeszcze. No cóż, można poszukać. Interpretacja to zabieg, że tak powiem, integralnie uczciwy – im więcej z siebie dasz, tym więcej wyciągniesz. W przypadku historii o Haruhi Suzumiyi materiału na pewno nie braknie.



Drugim szczególnym trikiem, który wewnętrznie rozbudowuje serie, jest zapętlenie na przestrzeni odcinków „Endless Eight” (seria 2). Niektórzy uważają, że to chwyt poniżej pasa, że twórcy nie mieli tak naprawdę pomysłu na drugą serię, więc po prostu powielili jeden odcinek, zmieniając tylko kilka szczegółów. Mnie się z kolei to nawet podobało, ale a) nie jestem obiektywna, b) oglądając te zapętlone odcinki, byłam w szczególnym stanie ducha, więc ta rozpaczliwa powtarzalność działała na mnie przede wszystkim kojąco. Na pewno ciekawe doświadczenie, oglądać anime z takiej perspektywy. Jako że wiadomo, co się zdarzy, a co się nie zdarzy, można się skupić na szczegółach, które zostały tak pięknie dopracowane, że aż się o to proszą. Nie jest to jednak doświadczenie absolutnie niezbędne i zgadzam się, że przynajmniej połowę tych zapętlonych odcinków można sobie darować. Chyba, że ktoś chce naprawdę dobrze zrozumieć Yuki Nagato.

Co dalej?
Melancholia i Zniknięcie Haruhi Suzumiyi nie każdemu muszą się podobać. Główna bohaterka może irytować, nierówne tempo zniechęcać, a czyściutka, wręcz zbyt idealna kreska kojarzyć się z banalnością niektórych Disneyowskich produkcji. Niektórzy widzowie zobaczą w tym anime tylko lekką komedię, przyjemną, ale w zasadzie płaską. Ci, którzy będą uparcie poszukiwać głębi, w którymś momencie mogą się poczuć głupio. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Haruhi Suzumiya jest projektem na wskroś oryginalnym, niewiarygodnie dopracowanym i po prostu jakością samą w sobie, kultowym anime. A także produktem totalnym – manga, seria anime, film, książki, gadżety (ja mam na przykład dwie koszulki z Haruhi ;-) To dobra wiadomość dla tych, którzy – tak jak ja – dali się całkiem zawojować Suzumiyi. Nie wiem, czy będzie trzecia seria albo kolejny film, ale o dalszych przygodach Haruhi można na pewno przeczytać (moja recenzja na Kuzynka Sasza Poleca).
 
O Haruhi można by mówić jeszcze długo: o zaburzeniu chronologii, o elementach parodystycznych i kpinach z fanserwisu, zdumiewającej dbałości o szczegóły, miniseriach-dodatkach w wersji super-deformed, o muzyce… Ale chyba lepiej po prostu zacząć oglądać.   


Melancholia i Zniknięcie Haruhi Suzumiyi (1)



Melancholy of Haruhi Suzumiya seria 1 i 2 (28 x 25 min.) / Melancholia Haruhi Suzumiyi (2006–2009)
Disappearance of Haruhi Suzumiya / Zniknięcie Haruhi Suzumiyi (2010)
reż. Tatsuya Ishihara
na podstawie książek Nagaru Tanigawy


[Bardzo długo się przymierzałam do napisania o Haruhi, bo kiedy coś mi się bardzo podoba, to jakoś nie znajduję właściwych słów. Ostatecznie wyszła z tego raczej interpretacja niż recenzja. Jest też kilka spoilerów, ale wydaje mi się, że ci, którzy nie mieli nigdy do czynienia z Suzumiyą, nie mają raczej szans zorientować się, w czym rzecz, na podstawie tych kilku aluzji, więc właściwie czuję się usprawiedliwiona ^^].

Błękitny i żółty
Tak naprawdę wcale nie chciałam oglądać Melancholii Haruhi Suzumiyi 1–2. Chciałam obejrzeć Zniknięcie Haruhi Suzumiyi, bo zaintrygowała okładka i soundtrack, który wykorzystywał kompozycje mojego ulubionego Erika Satie. Wydawało się, że paradoksalnie to właśnie film emanuje kuszącą błękitną melancholią, a dwie wcześniejsze serie są radośnie i superenergetycznie żółte. Nie miałam ochoty na szkolne romanse i jakieś dziwaczne przygody – chciałam się tak porządnie, lirycznie posmucić. Wszystkie opisy i recenzje przekonywały mnie jednak, że nic nie zrozumiem ze Zniknięcia, jeśli najpierw nie obejrzę obu serii Melancholii. No to trudno – niech będzie ten żółty, jakoś przeboleję, że przed wymarzonym ładunkiem smętku czeka mnie dobra zabawa…

Nie będę tworzyć fałszywego suspensu i przyznam od razu – obie serie bardzo mi się podobały i absolutnie nie żałowałam, że „byłam zmuszona” je obejrzeć.



Tajfun spotyka żółwia, czyli Haruhi i Kyon
Haruhi Suzumiya, uczennica szkoły North High, zdecydowanie wyróżnia się w klasie – jest bystrzejsza od większości jej rówieśników, bardziej wysportowana, uzdolniona w zaskakująco wielu dziedzinach, atrakcyjna… Być może nic dziwnego w tym, że nie chce się zadawać ze zwykłymi śmiertelnikami i marzy o kontaktach z przybyszami z innych planet i podróżnikami w czasie. Jej koledzy i koleżanki ze szkoły uważają jednak, że jest to dziwne, a sama Haruhi – nieprzyjemnie ekscentryczna. Mimo że Suzumiya wyraźnie odcina się zarówno od wszelkich dziewczyńskich kółek, jak i stroni od chłopców (bo są głupi i beznadziejnie normalni), wszyscy plotkują na jej temat i jest w pewnym sensie popularna. Ogólnie rzecz biorąc – w negatywnym sensie.
Jednak jest ktoś, komu nieoczekiwanie – nieoczekiwanie zwłaszcza dla niego samego – udaje się zbliżyć do chimerycznej koleżanki. Kyon jest w pewnym sensie przeciwieństwem Haruhi: spokojny, ironiczny, zdystansowany, przeciętnie utalentowany i całkowicie normalny. A jednak to z nim Haruhi raczy rozmawiać, a Kyon, chociaż od początku wyczuwa, że taka dziewczyna jak ona oznacza kłopoty, daje się ponieść ciekawości i wkracza coraz głębiej w dziwaczny świat Haruhi. I wtedy następuje katastrofa – Suzumiya, zainspirowana przypadkową uwagą Kyona, postanawia założyć własny klub (bo wszystkie szkolne kluby są oczywiście głupie i nudne), który będzie się zajmował tropieniem niesamowitych wydarzeń i zjawisk paranormalnych. I tak, właśnie Kyon jej w tym pomoże. Czy tego chce, czy nie.



Brygada SOS czyli obcy, miejcie się na baczności!
Haruhi szybko werbuje nowych członków grupy: wraz z przejętą od klubu literatury salą do zespołu zostaje wcielona milcząca, wiecznie zaczytana Yuki Nagato, następna jest Mikuru Asahina, którą Haruhi dosłownie upolowała jako piękny okaz elementu moe, a na koniec przybywa tajemniczy uczeń przeniesiony z innej szkoły – uśmiechnięty Koizumi. Ku zdumieniu Kyona, przerażonego i zniesmaczonego działaniami Haruhi, pozostałym członkom Brygady SOS (jak Suzumiya nazwała swoją grupę) najwyraźniej nie przeszkadza idiotyzm tego wszystkiego. Nagato na wszystko odpowiada „Ok”, nie zmieniając poważnego i nieprzeniknionego wyrazu twarzy, Mikuru cierpliwie znosi przejawy koleżeńskiego molestowania ze strony Haruhi, a uprzejmy uśmiech Koizumiego robi się coraz bardziej irytujący. Wszystko to staje się bardziej zrozumiałe (albo mniej, jak kto woli), kiedy Kyon dowiaduje się, że Mikuru jest przybyszem z przyszłości, Yuki kosmitką w ludzkiej postaci, a Koizumi to esper obdarzony szczególnymi mocami. Cała trójka została wysłana, by obserwować Haruhi, która jest… no właśnie, nie wiadomo kim. Najbardziej skrajna jest wersja Koizumiego, który twierdzi, że Haruhi ma boską moc, stworzyła świat, w którym żyją, i może go w każdej chwili porzucić lub zniszczyć, jeśli wyda jej się zbyt nudny. Dlatego trzeba dbać o jej dobre samopoczucie i spełniać wszystkie jej życzenia. Brzmi to nieco przerażająco dla każdego, kto zna możliwości Haruhi jako zwykłej licealistki.
Wydaje się, że nic łatwiejszego – wystarczy oświecić Haruhi, że zaiste miała rację, istnieją kosmici i podróżnicy w czasie, właściwie na wyciągnięcie ręki. To powinno ją usatysfakcjonować. Niestety, właśnie tego zrobić nie mogą, gdyż konsekwencje zapewne byłyby straszne. Pomyśleć, co mogłaby zmajstrować Haruhi, gdyby wiedziała, że może wszystko… I tu powstaje sytuacja pod każdym względem paradoksalna: podczas gdy Suzumiya na próżno wypatruje niezwykłości w swoim życiu, jej przyjaciele na co dzień muszą brać udział w szalonych przygodach, podróżach w czasie i walkach ze stworzeniami nie z tego świata i na dodatek ukrywać to przed nią. A co najciekawsze, Haruhi, szukając niezwykłych istot, nie zdaje sobie sprawy, że to ona sama jest największą zagadką i najbardziej niesamowitą postacią.
A co z Kyonem? No właśnie. On jako jedyny jest tu normalny. Całkowicie, krzepiąco normalny. Dlaczego więc to właśnie jego wybrała Haruhi?     



Być jak Haruhi Suzumiya
W Melancholii Haruhi Suzumiyi mamy do czynienia z dość ograniczonym gronem bohaterów, a postaci drugoplanowe, takie jako Ryoko, Tsuruya czy młodsza siostra Kyona, raczej nie mają szans na dłużej zająć sceny. Wbrew pozorom nie jest to wada tego anime – napięcia między głównymi bohaterami dostarczają wystarczającej ilości materiału dla rozwoju akcji. Poza tym sama Haruhi jest jak dziesięciu głównych bohaterów.
Czytając różne recenzje, często napotykałam się na dość surową ocenę tej postaci, którą można by streścić tak: „świetne anime, gdyby nie główna bohaterka”. Hm, ale przecież bez Haruhi nie byłoby serii, ba, nie byłoby niczego (jak wierzą wyznawcy haruhizmu;-))  Toż to nagatejska herezja. Świat bez Haruhi, też coś…
No cóż, Haruhi może drażnić i irytować – bo taka właśnie jest: irytująco despotyczna, drażniąco pełna energii. Czy można lubić kogoś tak doskonałego i jednocześnie kolczastego, niedostępnego? Haruhi nie da się oswoić, ani przejrzeć do końca (co w zasadzie jest rzeczywiście cechą czysto boską). Ale nawet na poziomie „normalności” trudno ją znieść: jest we wszystkim najlepsza: w nauce, w sporcie, we wszystkim, czego by nie spróbowała. Jest atrakcyjna i zaskakująco oswojona ze swoim ciałem (co może się wydawać uderzające zwłaszcza w środowisku szkolnym), niepokojąco kreatywna, pewna siebie i bezkompromisowa. Kto nie chciałby być taki jak ona? A właśnie. Może właśnie z tego wynika niechęć do Haruhi? Większość z nas nie jest najlepsza we wszystkim, co robi.



cdn....

niedziela, 26 sierpnia 2012

Bokura ga ita


Bokura ga ita (We were there)
26 odc. x 24 min.
2006
na podstawie mangi Yuki Obata
Studio ArtLand


Po tym, jak zachwyciłam się Lovely complex, nastąpił bolesny czas poszukiwań. Próbowałam szukać czegoś zupełnie innego, potem czegoś podobnego… I jakoś nic mi się nie podobało. Obejrzałam odcinek wychwalanych Chobits, dwa Toradora!, pół Clannad – i nic. Aż w końcu trafiłam na Bokura ga ita.
Na początku oglądało mi się średnio – wyglądało na to, że to dość schematyczna opowieść o narodzinach szkolnej miłości, w dodatku rozwijająca się w żółwim tempie. To, że się nie poddałam po dwóch odcinkach zawdzięczam bardzo pochlebnej recenzji Tanuki Anime – była tak zachęcająca, że przeczytałam ją tylko do połowy, nie chcąc psuć sobie niespodzianki. Jakoś jednak nie było widać tych fajerwerków – Nanami, dziewczyna zupełnie zwyczajna i nieco naiwna, rozpoczyna naukę w nowej szkole i od razu zwraca uwagę na bardzo popularnego Yano. Chłopiec na początku ją fascynuje, potem irytuje, a w końcu – no jasne – Nana zaczyna się w nim zakochiwać. Dość szybko wyznaje mu swoje uczucie, z drżeniem oczekując na odpowiedź. Zaś Yano… przekonuje ją, że to, co do niego czuje, to tylko zauroczenie, bo tak naprawdę Nana zupełnie go nie zna. Zaskakująco rozsądny młodzieniec, prawda? To dopiero pierwsza niespodzianka, w jakie obfituje seria Bokura ga ita.



Mimo że głównym wątkiem pozostaje miłość Nany i Yano, a grono bohaterów jest dość ograniczone, możemy się spodziewać wielu zdumiewających zwrotów akcji. Większość z nich rozgrywać się będzie w przestrzeni uczuciowej, bo poza tym w Bokura ga ita niewiele się dzieje. Nie znaczy to wcale, że będzie nudno – wręcz przeciwnie. Seria rozkręca się powoli, ale jest naprawdę dobrze przemyślana; w którymś momencie okazuje się, że wszystkie te przypadkowe, wydawałoby się uwagi, aluzje, zwyczajne rozmowy, łączą się ze sobą i układają w wyraźny wzór. I nagle to, co wydawało się opowieścią o pierwszej miłości i rozterkach nastolatków, przeradza się w głębokie emocjonalne trzęsawisko… 



Szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że to taki rodzaj anime, pewnie nie zdecydowałabym się na oglądanie tej serii, tak więc bardzo się cieszę, że zostałam zwiedziona pozornym podobieństwem do Lovely complex, bo zdecydowanie nie żałuję, że obejrzałam Bokura ga ita i dałam się wciągnąć.  
Największe wrażenie zrobiła na mnie scena na plaży, kiedy Yano niespodziewanie się otwiera i pokazuje swoją prawdziwą twarz (odc. 12). Czułam się tak, jakbym to ja dostała emocjonalny cios w żołądek, a nie biedna Nanami. Chyba właśnie na tym polega największa siła Bokura ga ita, że potrafi całkowicie pozbawić widza obiektywizmu i przekonać go do opowiedzenia się za jedną z postaci i wierzenia w jej interpretację wydarzeń. Co najdziwniejsze, najczęściej tą postacią, przez której pryzmat oglądamy akcję, jest Nana – osoba, obiektywnie rzecz biorąc, najmniej ciekawa w całym zestawie bohaterów serii. Ta zwyczajność Nany jest przez twórców anime pięknie wygrywana: kiedy to ją spośród wszystkich innych dziewcząt wybiera popularny i cieszący się powodzeniem Yano, inne uczennice od razu pytają: ale dlaczego!? Przecież nie ma w niej nic szczególnego, jest nieciekawa, nawet nie aż taka ładna… Tymczasem ta zwyczajność Nany w pewnym momencie okazuje się czymś bardzo pozytywnym, zaletą, której w pewnym sensie trzeba bronić. W porównaniu z najbarwniejszą z postaci czyli Dużą Naną (zwaną też Głupią Naną), byłą dziewczyną Yano, Mała Nana jest osobą o wiele bardziej godną zaufania, stabilną psychicznie i odpowiedzialną. Czy mielibyśmy odmawiać Nanami prawa do bycia wybranką Yano tylko dlatego, że ma po kolei w głowie i nie musi się zmagać z bolesnymi wspomnieniami dramatycznej przeszłości lub problemami w domu? Odpowiedź jest jasna, ale nawet sama Nana będzie potrzebowała dużo czasu, żeby uwierzyć w siebie.




Liczba bohaterów jest, jak wspomniałam, dość ograniczona: słodka i wrażliwa Nana, zawadiacki, trochę tajemniczy Yano, poczciwy Takeuchi (który również potrafi zaskoczyć), chłodna i pełna ukrytej goryczy Yuri, diaboliczna Ayaka, niefrasobliwa matka Yano… i oczywiście Wielka Nieobecna: Głupia Nana. Trzeba przyznać, że chociaż oczywiście stoimy po stronie Małej Nany, to była dziewczyna Yano jest postacią najbardziej fascynującą, nieprzewidywalną, niemożliwą do zrozumienia. Aż do samego końca jest niepokojąco obecna niczym duch, nawiedzający pozostałych bohaterów.



Twórcy Bokura ga ita swobodnie sobie radzą z manipulowaniem uczuciami i wrażeniami widza, zmuszając do niekiedy szybkiej zmiany myślowych biegów. To na pewno anime o wiele bardziej ambitne niż Lovely complex, zupełnie inaczej podchodzące do podobnej w gruncie rzeczy tematyki. O ile Lovely complex jest przede wszystkim lekką komedią, o tyle Bokura ga ita mówi całkiem serio o tym, jak zmieniają się uczucia, o prawie do bycia sobą, o budowaniu prawdziwego zaufania w związku, o przyjaźni i lojalności.
Jeśli chodzi o stronę graficzną, to całkiem mi się podobała, poza tym, że wszystkie postaci widziane z profilu mają jednakowo zadarte nosy ;-) Za to kiedy zamykają oczy, ich rzęsy wyglądają jak brzeg płyty winylowej, i to z kolei trafiło w moje gusta.



Podsumowując, Bokura ga ita to bardzo wartościowa seria, niepozbawiona pewnych niedociągnięć (bywały momenty, kiedy długie monologi Nany na temat jej uczuć szczerze mnie nudziły), ale bezsprzecznie warta uwagi. Z porównaniu z większością anime o pierwszej miłości i inicjacji zaskakuje głębią i życiową – nie zawaham się użyć tego słowa! – mądrością.